sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział I


Rozdział I
"Świat jest takim, jakim ty go stworzysz."

~Oczami Victori~


Ja stworzyłam swój świat, zrobiłam następny krok, tylko dlatego, że oni na to nalegali, ale dobrze wiem, że w głębi duszy chcieli się mnie po prostu pozbyć. Nic dziwnego stałam się dla nich ciężarem .
  To trochę dziwne jesteśmy najsilniejszą rasą fizycznie, a najsłabszą psychicznie. Kto by pomyślał, że można zranić wampira. Stworzenie bez uczuć, żyjące poprzez zabijanie innych. Jestem inna , zawsze byłam. Ostatni raz zabiłam człowieka … no właśnie… kiedy ? Krew z torebki to nie to samo, ale wybrałam takie życie i muszę ponosić konsekwencje. Zapomnieć o tym co było, tak jak mi radzili i spróbować wyłączyć moją człowieczą część natury. Nie wiem czy umiem to zrobić … nie chcę zmienić się w bestię żądną krwi.
- Przepraszam! – Ktoś zapukał w szybę mojego auta. – Zgubiła się pani ? – Zapytał mnie , po tym jak uchyliłam szybę mojego porsche.
- Nie. Dlaczego ?
- Bo stała pani na tym parkingu już dobre 10 minut. Pani przejazdem ? – Mężczyzna, był starszym panem o lekkiej łysinie i bardzo zmęczonych oczach.
  To mogło dziwnie wyglądać, kiedy siedziałam w aucie i nic nie robiłam. Odzwyczaiłam się od udawania człowieka, inaczej ktoś może się zorientować. Wyszłam z auta, po czym stanęłam naprzeciw niego, był ode mnie o wiele wyższy , a miałam na nogach szpilki. Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, które miałam na sobie.
- O Jezusie ! – Spojrzałam na niego pytająco, przez chwile zastanawiałam się czy moje oczy nie zrobiły się przypadkiem czerwone i nie wystraszyły mężczyzny. – Ależ ty jesteś do niej podobna !
- Przepraszam , nie rozumiem.
- Do Avalon jest pani podobna ! – I nagle wszystko stało się jasne … Avalon moja biologiczna matka. Jedna z założycielek miasta. Popełniła samobójstwo , po tym jak mnie porwali. Czyli wtedy kiedy mnie przemienili, a wszyscy inni stwierdzili , że zostałam porwana. Miałam wtedy dziewiętnaście lat.
- Ahhh . Tak to moja ma…. To znaczy prababka. – Uśmiechnęłam się do niego niewinnie. Muszę bardziej uważać na to co mówię.
- Więc jest pani jedną z założycielek.  Nazywam się Joe Stewart . – Przedstawił się starszy mężczyzna.
- Victoria Blackburn. – Podałam mu rękę
- Czego pani szuka w naszym mieście ? – Spytał uprzejmie.
- Wróciłam do dziedzictwa, zamierzam z powrotem tu zamieszkać.
- Rozumiem. Muszę już wracać, ale niech pani wie, że prowadzę cukiernię w tym mieście. Jeśli czegoś będzie trzeba proszę wpadać do mnie , kiedy tylko przyjdzie na to ochota. – Powiedział , po czym wolnym krokiem ruszył do wnętrza sklepu.
Wsiadłam z powrotem do samochodu , po czym pojechałam do miejsca , które obecnie najbardziej mnie interesowało.
 ***
Weszłam do środka, wnętrze wyglądało podobnie do  ruiny na podwórku. Białe ściany pokryte były mchem, a meble ledwo co stały. Wszędzie pełno pajęczyn. Połowa kryształowych żyrandoli leżała na ziemi, a piękne drewniane schody, którymi jako dziecko się zachwycałam, wyglądały jak wielkie kłody , które ktoś spalił , a następnie z ich resztek odbudował to ohydztwo, którymi teraz się stały.  Podłoga nie wyglądała lepiej , większość desek była połamana.
Nie takie pamiętałam to miejsce. Jeśli chcę przywrócić mu dawną świetność muszę wziąć się do roboty. Póki co zamieszkam w hotelu, bo to miejsce nie wygląda zbyt przytulnie.
***
 Jak powiedziałam , tak też zrobiłam. To trochę dziwne, jestem wampirem, który próbuje się ucywilizować, patrząc na to z innej perspektywy , to naprawdę dziwne. Choć nie bardziej dziwne niż to , że będę musiała chodzić do liceum, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Przez moją głowę ciągle przechodzą myśli „A co jeśli nie dam rady ?” . Od  50 lat nie przebywałam w towarzystwie kilkunastu ludzi, nawet z jednym było trudno. Zazwyczaj stawał się on przekąską.
 Zdarzały się chwile , gdy miałam ochotę powrócić do dawnych nawyków. Byłabym nie tylko silniejsza, ale na nowo mogłabym używać mocy, której pozostało mi niewiele. Doskonale zdaje sobie sprawę, że mogę już nigdy jej nie użyć.
 Wydawało mi się , że ten świat nie ma końca, że nie sposób przewidzieć, kim się staniemy, że nie mamy już nic. Że liczy się tylko dotrwanie do następnego dnia, ale z dnia na dzień rosła we mnie nadzieja, która zmieniła mnie w rozhisteryzowaną wampirzycę z problemami. Jak w jakimś głupim serialu.
 Upiłam ostatni łyk krwi, która jeszcze nie dawno wypełniała moją szklankę, po czym podeszłam do lustra i upewniłam się, że moje kły wróciły do normalnej postaci, a oczy wróciły do koloru błękitu.  Nie zaspokajało to do końca mojego pragnienia, ale pozwalało na przebywanie w towarzystwie ludzi. Miałam dosyć przebywania samotności, a jeśli chcę tu mieszkać, muszę nauczyć się do końca kontrolować moje instynkty.
  Miałam na sobie białą bluzkę oraz krótkie spodenki , a na nogach conversy. Postanowiłam się przejść, poobserwować mieszkańców tego miasta. Pierwsza zasada jaką podsunęła mi Zoey brzmiała – „Zaprzyjaźnij się, zachowuj jak oni, a będziesz wyglądała na normalną”. Wzięłam to sobie do serca, ale druga część zdania, jakoś mnie zabolała. Czy to znaczy, że nie jesteśmy normalni , tylko dlatego, że jesteśmy wampirami ? Nawet jeśli nie stanowimy dla nich zagrożenia to i tak jesteśmy inni ? Myślenie o tym kim jestem, bolało. Jakimś cudem nie umiem się z tym pogodzić, mimo , że minęły 292 lata.
  Wyszłam z hotelu, postanowiłam się zaklimatyzować. Zaraz po wyjściu na ulice w oczy rzucił mi się sklep starszej kobiety, która układała doniczki z kwiatami w rządku. Miała brązowe kręcone włosy, małe usta pomalowane na czerwono, wystające kości policzkowe oraz zielone oczy. Nawet z tej odległości , zauważyłam tą głęboką zieleń jej tęczówek. Coś  zaintrygowało mnie w jej zachowaniu, ale nie umiałam określić co to. Przeszłam obok niej obojętnie, lecz odchodząc poczułam na sobie jej wzrok, mimo to nie odwróciłam się. Minęłam kolejne kolorowe sklepiki oraz kilka domów, aby wreszcie dojść do parku, w którym już dawno wyczułam tłum ludzi. Trochę to pobudziło mój apetyt, ale udało mi się nad tym zapanować.
  Tak zdecydowanie.  Ten park był siedliskiem wszystkich licealistów i studentów. Po wejściu , od razu napotkałam ciekawskie spojrzenia. Moja klątwa obdarzyła mnie nadnaturalnym pięknem, więc znacznie przykuwałam uwagę męskiej części społeczności, ale mimo to dalej kroczyłam z podniesioną głową. Nie należałam do osób wstydliwych, a oprócz tego będąc wampirem nie miałam raczej okazji by się rumienić.
 Dokładnie przyjrzałam się ludziom, którzy mnie otaczali. Zauważyłam grupę blondynek o dość ostrym makijażu. Umięśnionych chłopców, obok cheerleaderek. Kilkanaście dziewczyn siedzących wkoło na trawie i namiętnie o czymś dyskutujących. Usiadłam na ławce. Przyglądałam się innym co robią . Większość z nich, albo czytała książki, albo używała swojego telefonu. Stwierdziłam, że powinnam zrobić to samo, aby się nie wyróżniać, więc wyciągnęłam mój telefon z kieszeni i starałam się udawać, że coś na nim robię.
  Trochę dziwnie się czułam w towarzystwie ludzi, którzy co chwila wlepiali we mnie swoje ślepia, ale Zoey mówiła, że to normalne, że będą chcieli zbadać nową osobę w swoim otoczeniu. Zabawa telefonem znudziła mi się. Schowałam go z powrotem do kieszeni spodenek, aby zacząć się rozglądać.
 I w tej chwili moją uwagę przykuł … on, bo inaczej nie umiałam go nazwać w tej chwili.
Chłopak na pierwszy rzut oka wyglądał jak każdy, ale po przyjrzeniu się, można dostrzec  niebywałe elementy wyglądu. Siedział na wąskiej ławce , ubrany w błękitną koszulę. W ręku trzymał książkę i uśmiechał się do siebie. Zaintrygował mnie dokładnie jak ta pani z kwiatami.
Włosy w lekkim nieładzie dodawały uroku jego okrągłej twarzy. Wiatr szarpał je i powodował zakrycie nieskazitelnie czystych i niebieskich oczu. Błyszczały w słońcu ciągle zerkając na linijki w książce. Lekko zaróżowione usta. Sylwetka szczupła. Cały czas jego twarz uśmiechała się jakby do książki. Ja też mimowolnie się uśmiechnęłam.
Po jego wyglądzie można było wywnioskować, że niezbyt grzeczny z niego chłopak.
Po chwili podeszło do niego trzech chłopców, myślałam , że to jego przyjaciele, ale po tym co się wydarzyło całkowicie zmieniłam zdanie. Jeden z nich ubrany w bluzę bejsbolówkę wyrwał mu książkę i rzucił gdzieś za siebie. Natomiast drugi podniósł obiekt moich westchnień za koszulę, aby ten który najwidoczniej nimi kierował , mógł go uderzyć.
 Prawie poderwałam się z ławki w moim wampirzym tempie, lecz cudem się powstrzymałam. Choć złapałam się na tym że wbijam pazury w drewno. Wszyscy zebrani , którzy to widzieli zaczęli odchodzić jak najdalej, ale ja dalej siedziałam i chcąc nie chcąc , patrzyłam na to jak ci brutale, biją chłopaka.
 Kiedy jeden z nich miał już uderzyć chłopca po raz kolejny, poderwałam się i złapałam go za rękę, wykręcając ją do tyłu.
- Przestań . – Rzekłam spokojnie, jednocześnie patrząc chłopakowi w oczy.
- Silna jesteś. – Rzekł z zaskoczeniem. – Widzisz Louis. Dziewczyna Cię broni. – Zaczął się śmiać. Co jedynie podrażniło mój słuch, bo od dawna nie słyszałam tak okropnego dźwięku. – I to bardzo , bardzo ładna dziewczyna. – Powiedział zaraz po tym , jak dokładniej mi się przyjrzał. Puściłam jego rękę, zauważyłam, że zostawiłam na jego dłoni czerwony ślad. – No nic zabierajmy się stąd. Nie chciałbym bić się z dziewczyną.
 Nie zwróciłam uwagi na to co mówił dalej, gdyż kucnęłam przy Lou/
- Idź, bo jeszcze Ciebie zaczną dręczyć. – Rzekł chrypliwym głosem.
- Nie zamierzam. – Odrzekłam hardo…

4 komentarze:

  1. :) Czemu nikt nie skomentował ? Cudny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo suuper ;) lece czytać następny ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, to opowiadanie jest dla mnie...świetnie piszesz, choć może przydałoby się więcej opisów, ale to tylko moja uwaga. Zamierzam czytać dalej, bo tym opowiadaniem wciągasz mnie coraz dalej...jestem zachwycona

    OdpowiedzUsuń